Po co ksiądz?

Krzysztof Pałys OP
 
Dostaliśmy miłość, która do nas nie należy. Na każdej Eucharystii ściągamy ją gołymi rękami z nieba. Jednak nikt z nas nie może zatrzymać jej dla siebie.
 
Seria powołaniowych plakatów:  "Chciałbyś podróżować?", "Lubisz zarządzać ludźmi?", "Interesuje cię praca w telewizji lub radiu?", "Chcesz być spełnionym człowiekiem?". Dołącz do nas. Inny przykład. Filmik zachęcający do wstąpienia do seminarium: przystojny mężczyznauprawia sport, biegnie leśną ścieżką obok malowniczych plenerów. Kamera najeżdża na twarz i słychać komentarz: "Jestem szczęśliwym i spełnionym człowiekiem". Bohater filmu okazuje się być księdzem.
 
Intencja twórców jest jasna: zachęcić do swoich seminariów młodych ludzi, wzbudzić ciekawość, sprawić, aby kapłaństwo stało się czymś atrakcyjnym. Fascynacja "spełnionym życiem" to może być pierwszy krok, jeśli jednak stanie się ostatnim, to kapłaństwo zostanie zredukowane wyłącznie do samorealizacji, a ksiądz stanie się kimś w rodzaju zarządcy religijnego kultu. W kapłaństwie chodzi o coś więcej.
 
Alter Christus
 
Najważniejszą funkcją księdza nie jest wcale dawanie, lecz umieranie. Kapłaństwo to jedyny sakrament, który nie należy do nas. Jak pięknie określił kiedyś swoją misję Janusz Korczak: "Jestem nie po to, by mnie kochali i podziwiali, ale bym ja działał i kochał". Słowa wybitnego pedagoga to, jak sądzę, kwintesencja sakramentu kapłaństwa.
 
Ksiądz jest Alter Christus, czyli drugim Chrystusem. Nie dlatego, że zawsze mówi mądre rzeczy. Doświadczenie pokazuje, że różnie to z nami księżmi bywa, ale dlatego, że podobnie jak Chrystus ma umrzeć za powierzonych mu ludzi.
 
Ksiądz ma więc przed sobą niesamowitą perspektywę kłócenia się z Panem Bogiem o grzesznika: "Panie, przecież ja go nie potępiam, więc i ty też nie możesz być gorszy ode mnie". Jak wielką odwagę mieli w sobie prorocy, którzy walczyli o tych, którzy już nawet sami o sobie nie pamiętali. Abraham mówiący Bogu, że skoro ich odrzucisz, musisz i mnie wymazać z księgi życia, gdyż ja jestem jednym z nich.
 
W każdym człowieku kryje się coś świętego i nietykalnego. Zadaniem kapłana jest to ochronić.
Taką drogę wskazuje Ewangelia. Wcale nie ścieżkę realizacji siebie (a przynajmniej nie tylko), lecz drogę miłości, tak mocnej, że może prowadzić, nawet do męczeństwa.
 
"Pasterz oddaje życie za owce", to definicja kapłańskiego powołania wypływająca z Ewangelii. Umrzeć dla Chrystusa, aby On mógł objawić swą moc. Nie przez przypadek w dawnych obrzędach święceń kapłańskich na liturgię nakładano czarne ornaty.
 
Jeśli ksiądz nie podejmie ryzyka śmierci, nie stanie się wolny, jednak aby zdobyć się na wolność, trzeba się wznieść ponad lęk nawet przed śmiercią. To jeden z ewangelicznych paradoksów.
 
Kiedyś zaprzyjaźniony ksiądz diecezjalny, pracujący z osobami uzależnionymi, został zaproszony na rekolekcje dla młodzieży do jednego z dominikańskich kościołów. Chciałem dodać mu otuchy: "Zobaczysz, będziesz zadowolony, to świetni ludzie" - powiedziałem przez telefon. "Krzysztof, ja nie muszę być zadowolony" - usłyszałem w odpowiedzi. Przyznam, że te słowa mną wstrząsnęły. Tym bardziej, że wypowiedział je kapłan, od którego bije Jezusowy pokój i radość. Wielokrotnie słyszałem, że właśnie dzięki jego posłudze ludzie odkrywali kochającego ich Boga. A teraz słyszę, że on wcale zadowolony być nie musi? Zupełnie inna logika.
 
Bezużyteczna modlitwa
 
Umrzeć za kogoś można jedynie wówczas, jeśli samemu jest się kochanym. Jednak nie można też rozdawać się innym, jeśli najpierw samemu siebie się w pełni nie uzna, przede wszystkim ze swoimi ograniczeniami. Ktoś większy niż ja sam czuwa nad wykuwaniem mojego kształtu. Nie musi więc być po mojej myśli, ma być po myśli Jego. Dopiero wówczas ksiądz staje się wolny.
 
Podstawowym źródłem, z którego czerpię siły jest modlitwa. Dla mnie osobiście, jest to adoracja Najświętszego Sakramentu. Najlepiej w ciszy. To na niej uczę się trwać przed Nim bezużyteczny i bez poczucia winy, że przecież tyle spraw jest jeszcze do zrobienia. Praca duszpasterska jest później dzieleniem się tą "bezużyteczną" modlitwą z innymi.
 
Przekonywałem się wielokrotnie, że bez tej osobistej łączności z Chrystusem, moje kapłańskie życie zaczyna przypominać człowieka pracującego pod wodą, bez wychodzenia na powierzchnię, aby złapać oddech. Tu zasada jest prosta: jeżeli chcesz albo musisz dużo pracować, powinieneś dużo się modlić. Bóg jest źródłem czasu.
 
Wspólnota, która mnie ratuje
 
Pamiętam sytuację z zeszłego roku. Poznałem środowisko osób, które odczytałem jako ewangelizacyjne wyzwanie. Ludzie świetnie wykształceni, społecznie wrażliwi, a przy tym antyklerykalni - niestety coraz częściej spotykana mieszanka. Współpracowaliśmy razem przy pewnym projekcie. Byłem podekscytowany, butnie myśląc, jak bardzo skutecznej ewangelizacji teraz dokonam. Szybko się polubiliśmy. Któregoś dnia zaproszono mnie na towarzyskie, nieformalne spotkanie. Atrakcyjne dziewczyny, luźna atmosfera, miło i sympatycznie. Zauważyłem, że w powietrzu unosi się dziwna rozerotyzowana atmosfera. Podzieliłem się tym doświadczeniem z moimi zakonnymi braćmi. I to dzięki współbraciom uświadomiłem sobie, że prędzej ci ludzie zewangelizują mnie niż ja ich. Teraz myślę, że gdyby nie szczerość w stosunku do wspólnoty i jej wsparcie, pewnie bym się rozsypał. Przeceniłem swoje możliwości.
 
"Wyobraź sobie, że wspólnota trzyma długą linę, której końcem jesteś obwiązany w pasie. Bez względu na to, gdzie się znajdziesz, ona tej liny nie puści. W ten sposób będziesz mógł zbliżyć się do ludzi, którzy potrzebują twego uzdrowienia, nie tracąc kontaktu z tymi, którzy strzegą twego powołania. Wspólnota w każdej chwili będzie mogła przyciągnąć cię z powrotem, gdy jej członkowie zauważą, że zapominasz o tym, w jakim celu zostałeś powołany. Dopóki pozostajesz bezpiecznie zakotwiczony w swej wspólnocie, nie musisz się nikogo bać. Wtedy możesz nieść to światło na dalekie końce" - pisał Henry Nouwen, holenderski ksiądz, który sam był człowiekiem paradoksu.
 
Jak trafnie zauważył Piotr Wierzchosławski, Nouwen, mając ogromne predyspozycje intelektualne, społeczne, aby odnosić sukcesy i piąć się po szczeblach społecznej hierarchii, przez całe życie szukał czegoś, co prowadziło go drogą w dół. Po latach poszukiwań uświadomił sobie, że dopiero we wspólnocie "Arka", gdzie opiekował się osobami głęboko upośledzonymi odkrył istotę i wartość swojego kapłaństwa. Życie modlitwą i więzią z osobami, które dawały mu pokój, kochały go i ufały, przepełniało go niezwykłą radością, pomagając mu zarazem odkryć, że radość może ukrywać się nawet w smutku. Zdrowa wspólnota, budowana na Chrystusie nie pozwala, aby ktoś od niej odpadł. Ksiądz bez niej się rozsypie.
 
***
 
Św. Piotr Chryzolog pisząc o kapłaństwie twierdził, że śmierć jest narodzeniem, koniec początkiem, a zgładzenie życiem, i dopiero ci jaśnieją w niebie, których na ziemi uważano za zmarłych. Sakrament kapłaństwa jest sakramentem paradoksu, w którym przegrać oznacza wygrać. Zapominając o wymiarze umierania, człowiek zaczyna usychać, przestaje owocować.
 
Rolą księdza jest nieść Jezusową nadzieję w te wszystkie miejsca, gdzie przeraźliwie jej brak, a jeśli ma wrażenie własnej bezużyteczności - tym lepiej. Wówczas Bóg może pełniej objawić swą moc.
 
Żródło: www.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/sakramenty-sa-dla-ludzi/art,4,po-co-ksiadz.html

Wstrząsające teksty i zapiski Żyda z Getta

"Wierzę w Boga Izraela, chociaż uczynił On wszystko, abym w Niego przestał wierzyć. Wierzę w Jego prawo, choć Jego czyny uważam za bezprawne" - czytamy we wstrząsającym tekście pt. "Josel Rakower mówi do Boga" autorstwa Zvi Kolitza. Ma on formę modlitwy spisanej przez żydowskiego powstańca, który umiera w ruinach płonącego domu, podczas powstania w warszawskim getcie w 1943 r. Tekst opublikowano w 1946 r., w małym piśmie żydowskim, w języku jidisz "Di Jidisze Cajtung" w Buenos Aires. Przypominamy go z okazji okazji 70. rocznicy Powstania w Getcie Warszawskim, która przypada 19 kwietnia.

Oto pełny tekst:

 

Warszawa, 28 kwietnia 1943

 

Ja, Josel, syn Josela Rakowera z Tarnopola, gorliwy naśladowca rabiego z Góry Kalwarii i potomek wielkich cadyków z rodu Rakowerów i Meiselów, piszę te słowa, patrząc na stojące w płomieniach warszawskie getto; dom, w którym przebywam, jest jednym z ostatnich, które jeszcze nie płoną. Już od kilku godzin znajdujemy się pod obstrzałem artylerii, a dookoła nas walą się mury; niebawem i ten dom, jak niemal wszystkie domy getta, stanie się grobem dla swych mieszkańców i obrońców. Czerwone płomienie słońca, które przez małe, zamurowane do połowy okno wpadają do mego pokoju - pokoju, z którego dniem i nocą strzelałem do nieprzyjaciela - mówią mi, że zbliża się wieczór. Słońce nie może wiedzieć, jak bardzo jest mi to obojętne, że nie będę widział jego wschodu. Stało się z nami coś dziwnego: wszystkie nasze pojęcia i uczucia uległy przeobrażeniu. Nagła śmierć, która nas zaskakuje, wydaje się wybawicielką, wyzwolicielką zrywającą okowy. Kocham bardzo zwierzęta leśne, dlatego odczuwam bolesną gorycz, gdy do nich przyrównuje się szalejących dziś w Europie złoczyńców. To nieprawda, że Hitler ma w sobie coś zwierzęcego; jest on typowym dzieckiem współczesnej ludzkości - to moje najgłębsze przekonanie. Ta ludzkość go zrodziła i ukształtowała; jest on jawnym wyrazem jej głęboko ukrytych pragnień.

 Miliony ludzi w tym wielkim świecie (zakochanych w słońcu, świetle i dniu) nie mają pojęcia, ile ciemności i nieszczęścia niosło nam słońce. Stało się ono narzędziem w rękach zbrodniarzy; promieni jego użyto jako reflektorów, aby oświetlić ślady tych, którzy szukali ratunku przed prześladowcami. Kiedy z żoną i sześciorgiem moich dzieci ukryłem się w lasach, wówczas noc, tylko noc ukryła nas w swym łonie; dzień wydał nas tym, którzy szukali naszych dusz. Nigdy nie zapomnę gradu niemieckich kul, które spadły na tysiące uciekinierów na szosie z Grodna do Warszawy - razem ze słońcem pojawiły się na niebie samoloty, zabijając nas i mordując. W tej rzezi zginęła moja żona z siedmiomiesięcznym dzieckiem na ręku. Tego dnia znikło mi z oczu dwoje z moich pozostałych pięciorga ukochanych dzieci, Dawid i Jehuda. Jeden miał cztery latka, drugi sześć. O zachodzie słońca ci, którzy przeżyli, poszli dalej drogą w kierunku Warszawy; ja jednak z trojgiem dzieci, które mi jeszcze pozostały, błąkałem się wokół pobojowiska, szukając tamtych, zaginionych. Przez całą noc głosy nasze jak noże przecinały martwą ciszę: Dawid! Jehuda! Ale tylko bezradne echo, rozdzierające serce, odpowiadało na nasze wołania, jak na modlitwę za umarłych. Nigdy już więcej nie ujrzałem moich małych chłopców - tylko we śnie prosili mnie, abym ich dalej nie szukał, bo znajdują się w ręku Boga.

 Reszta dzieci zginęła w warszawskim getcie. Rachela, moja dziesięcioletnia córeczka, słyszała, że niekiedy w śmietnikach po tamtej stronie muru można znaleźć resztki chleba. W getcie panował już głód; ci, którzy z głodu zmarli, leżeli na ulicach jak śmieci. Ludzie w getcie byli przygotowani na każdą śmierć - z wyjątkiem śmierci głodowej; widocznie w człowieku, kiedy wszystkie inne potrzeby już wygasną, jako ostatni popęd pozostaje jeszcze głód, nawet gdy człowiek pragnie śmierci.

 Rachela opowiedziała mi o swoim planie wymknięcia się z getta - za to przestępstwo karano śmiercią. Ruszyły w niebezpieczną drogę we dwie, Rachela i jej jedenastoletnia przyjaciółka. Wyszły z domu pod osłoną nocy; o wschodzie słońca odkryto je poza murami getta. Gromada złoczyńców urządziła polowanie na dwie małe, zagłodzone dziewczynki. Nie mogły biec prędko - jedna z nich, moja córka, upadła wyczerpana na ziemię. Hitlerowcy przebili jej główkę bagnetami.

 Piąte z moich dzieci, trzynastoletni Jakub, zmarło na gruźlicę w dniu swej konfirmacji - bar micwy. Śmierć była dla niego wybawieniem. Ostatnie moje dziecko, piętnastoletnia córka Chawa, zginęło w czasie "akcji dziecięcej" (Kinderaktion), która rozpoczęła się o wschodzie słońca w dniu Rosz ha-Szana - w Nowy Rok - i zakończyła się o zachodzie. Tego dnia setki żydowskich rodzin straciły swoje dzieci.

 Teraz nadeszła moja godzina. Jak Job mogę powiedzieć o sobie - nie tylko ja jeden - nagiego mnie matka zrodziła i nagi powrócę do ziemi. Mam teraz czterdzieści trzy lata i twierdzę - jeśli człowiek w ogóle może coś z pewnością twierdzić - miałem wspaniałe życie. Moje życie pobłogosławione było szczęściem, ale ja nie stałem się przez to pyszny. Dom mój otwarty był dla każdego potrzebującego i byłem szczęśliwy, gdy mogłem komuś usłużyć. Służyłem Bogu z gorącym oddaniem i tylko o jedno Go prosiłem: abym mógł służyć Mu "z całego serca, z całej duszy i ze wszystkich sił". Po wszystkim, co przeżyłem, nie mogę twierdzić, że to moje nastawienie pozostało niezmienione. Ale z całą pewnością mogę powiedzieć, że moja wiara w Niego nie zmieniła się ani o włos. Dawniej, gdy powodziło mi się dobrze, mój stosunek do Niego był stosunkiem do Kogoś, Kto obdarzał mnie łaską, czyim dłużnikiem byłem zawsze. Teraz jest to stosunek do Kogoś, Kto i mnie jest coś dłużny. Dlatego wydaje mi się, że mam prawo Go upomnieć; nie żądam jednak jak Job, aby Bóg wskazał palcem na mój grzech, abym wiedział, czym zasłużyłem na karę. Więksi i lepsi ode mnie są zdania, że to, co się teraz dzieje, to już nie kara za grzechy. Świat przeżywa coś niezwykłego - czas, kiedy Wszechmocny odwraca oblicze od modlących się.

 Bóg zasłonił swe oblicze przed światem. Dlatego ludzie pozostawieni są swoim dzikim popędom. Myślę więc, że jest rzeczą zupełnie naturalną, iż gdy popędy rządzą światem, pierwszymi ofiarami muszą być ci, w których żyje to, co boskie i czyste. Nie jest to pociecha, ale jeśli los naszego narodu wyznaczają nie ziemskie, lecz pozaziemskie prawa, duchowe i boskie, to wierni muszą widzieć w tych wydarzeniach część wielkiego boskiego planu, wobec którego ludzkie tragedie tracą znaczenie. Nie znaczy to jednak, że pobożny Żyd przyjmuje wyrok taki, jaki jest, i mówi: "Bóg ma słuszność, Jego wyrok jest sprawiedliwy". Mówić, że zasługujemy na ciosy, które na nas spadają, oznaczałoby lekceważyć samych siebie i nisko cenić Imię Boże.

 Skoro tak jest, nie oczekuję żadnego cudu i nie błagam mego Boga, aby miał litość nade mną. Niech okaże mi tę samą obojętność, jaką okazał wobec milionów innych ze Swego ludu. Nie jestem żadnym wyjątkiem i nie oczekuję, że będzie miał do mnie jakiś szczególny stosunek. Nie będę próbował się ratować i nie ucieknę stąd. Aby ułatwić pracę, obleję ubranie benzyną - pozostały mi jeszcze trzy butelki z tych dziesiątków, które wylewałem mordercom na głowy. Są mi tak drogie, jak pijakowi wino. Kiedy wyleję na siebie ostatnią butelkę, włożę do niej te kartki. Butelkę ukryję w cegłach zamurowanego okna. Jeśli ktoś znajdzie te kartki i je przeczyta, być może zrozumie uczucia Żyda, jednego z milionów, który zmarł opuszczony przez Boga, w którego tak bardzo wierzył.

 Gdy zaczęło się powstanie, było nas w tym pokoju dwunastu; przez dziewięć dni walczyliśmy z wrogiem. Jedenastu moich towarzyszy padło. Umarli cicho. Cicho umarł nawet mały chłopiec, tak jak jego starsi koledzy. Stało się to dziś rano: chłopiec wspiął się na stos umarłych, aby spojrzeć przez na wpół zamurowane okno. Stał tak obok mnie przez kilka minut. Nagle upadł do tyłu, stoczył się ze stosu trupów i pozostał nieruchomy jak kamień. Między czarnymi lokami na jego małym, bladym czole widniała kropla krwi - kula przeszła przez głowę. Wczoraj rano, gdy nieprzyjaciel otworzył ogień na naszą twierdzę - jedną z ostatnich w getcie - żyli jeszcze wszyscy. Pięciu było rannych i dalej walczyło. W ciągu tych dwu dni polegli wszyscy. Stojąc na posterunku, padali jeden na drugiego, tak jak jeden po drugim obejmowali posterunek, dopóki ich kula nie dosięgła.

Mam tylko te trzy butelki benzyny. Amunicja już się skończyła. Z trzech pięter nade mną strzelają jeszcze uparcie. Nie mogą mi jednak przysłać pomocy, ponieważ schody prawdopodobnie zostały rozbite przez artylerię; zdaje się, że dom niebawem runie. Pisząc te słowa, leżę na ziemi. Wokół leżą martwi towarzysze. Patrzę w ich martwe twarze i wydaje mi się, że uśmiechają się ironicznie, jakby chcieli powiedzieć: "Trochę cierpliwości, głupcze; jeszcze kilka minut i również dla ciebie wszystko będzie jasne". Szczególnie drwiąca i ironiczna wydaje mi się twarzyczka małego chłopca, który jakby śpiąc, leży obok mojej prawej ręki. Jego małe usta zdają się uśmiechać. A mnie, który jeszcze żyję i czuję, i myślę jak człowiek żywy, wydaje się, że mnie wyśmiewa. Wyśmiewa mnie tym cichym i tyle mówiącym uśmiechem człowieka, który wiele wie i który mówi z człowiekiem niewiedzącym nic, lecz wmawiającym sobie, że wie wszystko. Ten chłopiec już wie - i wszystko jest dla niego jasne. Wie, dlaczego się urodził i dlaczego musiał tak wcześnie umrzeć; dlaczego musiał umrzeć, choć żył dopiero pięć lat. A jeśli tego nie wie, to wie przynajmniej, że wiedza lub niewiedza o tym jest absolutnie nieważna i bez znaczenia wobec Boskiej wspaniałości w tym lepszym świecie, w którym on się teraz znajduje - być może w ramionach swoich zamordowanych rodziców, do których powrócił. Za godzinę lub dwie ja też będę wiedział. Jeśli ogień nie zniekształci mojej twarzy, być może na niej również spocznie po śmierci taki sam uśmiech. Tymczasem jednak jeszcze żyję i przed śmiercią chcę mówić do mego Boga jak zwykły, żywy człowiek, który ma ten wielki, lecz nieszczęsny przywilej, że jest Żydem.

Jestem dumny, że jestem Żydem, ponieważ być Żydem jest trudno, bardzo trudno.

Jestem szczęśliwy, że należę do najnieszczęśliwszego na ziemi narodu, którego Tora przedstawia najwyższą moralność i najpiękniejsze ze wszystkich praw.

Wierzę w Boga Izraela, chociaż uczynił On wszystko, abym w Niego przestał wierzyć. Wierzę w Jego prawo, choć Jego czyny uważam za bezprawne. Mój stosunek do Niego to już nie stosunek sługi do pana, lecz ucznia do nauczyciela. Chylę się przed Jego wielkością, lecz nie będę całował rózgi, którą mnie siecze. Kocham Go, lecz Jego Torę kocham jeszcze bardziej. I nawet gdybym się pomylił co do Niego, Jego Tory strzegłbym nadal. Bóg to religia, a Jego Tora to sposób życia. Mówisz, że zgrzeszyliśmy. Oczywiście, zgrzeszyliśmy. Że ponosimy za to karę - również to mogę zrozumieć. Chcę jednak, abyś mi powiedział, czy świat zna grzech, który zasłużyłby na tak wielką karę?

Mówisz, że ukarzesz za to naszych wrogów. Wierzę w to, nie wątpię, że ukarzesz ich bez litości. Chcę jednak, abyś mi powiedział, czy istnieje na świecie taka kara, którą można by odpokutować zbrodnie na nas popełnione?

Powiesz może, że nie jest to teraz sprawa kary ani pokuty, że tylko odwróciłeś Swoje Oblicze i pozostawiłeś ich własnym popędom. Chcę Cię jednak zapytać, Boże, a pytanie to pali mnie jak pożerający ogień: co jeszcze ma się stać, abyś na powrót zwrócił ku nam Swoją Twarz?

Chcę Ci powiedzieć jasno i otwarcie, że teraz bardziej niż w jakiejkolwiek innej epoce naszej nieskończonej drogi cierpienia - my, udręczeni, zhańbieni, zdławieni, my, żywcem pogrzebani i żywcem spaleni, my, obrażani, poniżani, mordowani tysiącami - mamy prawo wiedzieć, dokąd sięgają granice Twojej cierpliwości.

I jeszcze jedno chcę Ci powiedzieć: nie powinieneś tak bardzo napinać sznura, bo może się - uchowaj Boże - zerwać. Pokusa, przed którą nas postawiłeś, jest tak ciężka i gorzka, że powinieneś i musisz przebaczyć tym z Twojego ludu, którzy w nieszczęściu i zwątpieniu odwrócili się od Ciebie.

Przebacz tym, którzy w nieszczęściu odwrócili się od Ciebie, ale także tym z Twojego ludu, którzy odwrócili się od Ciebie w szczęściu. Związałeś nasze całe życie z tak gorzką i nieustanną walką, że tchórzliwsi spośród nas musieli się z tej walki wycofać i uciekli tak prędko, jak tylko ich nogi potrafiły unieść. Nie bij ich za to - tchórzy się nie bije, dla tchórzy ma się litość. Miej dla nich więcej litości, o Boże, niż dla nas.

Przebacz również tym, którzy bluźnili Twemu Imieniu, którzy zaczęli służyć innym bogom, którzy byli wobec Ciebie obojętni. Chłostałeś ich tak bardzo, iż nie wierzą już, że jesteś ich Ojcem, nie wierzą, że w ogóle mają Ojca.

Mówię Ci to wszystko, ponieważ wierzę w Ciebie, ponieważ wierzę w Ciebie bardziej niż kiedykolwiek, ponieważ wiem teraz, że jesteś moim Bogiem, bo nie możesz być Bogiem tych, których postępki są straszliwym wynikiem ich wojowniczej bezbożności.

Jeśli nie jesteś moim Bogiem, to czyim Bogiem jesteś? Bogiem morderców?

Nie mogę chwalić Cię za zło, które dopuszczasz. Ale błogosławię i chwalę Cię za Twoją straszną wielkość, która musi być potężna, nawet jeśli to, co się teraz dzieje, nie robi na Tobie wrażenia.

A właśnie dlatego, że jesteś tak wielki, a ja taki mały, proszę: ostrzegam Cię w Imię Twoje! Przestań okazywać Swoją wielkość przez bicie nieszczęśliwych!

Nie proszę Cię też o to, abyś bił winnych. W straszliwej naturze wydarzeń leży to, że oni sami siebie będą bić do końca. Przez naszą śmierć zostało bowiem zamordowane sumienieświata, ponieważ świat został zamordowany w morderstwie Izraela!

Mordercy sami na siebie wydali wyrok i nie ujdą przed nim. Ale Ty musisz wydać wyrok - podwójnie surowy - na tych, którzy mord przemilczają.

Tora mówi, że złodzieja należy karać surowiej aniżeli zbójcę, chociaż złodziej nie napada na swoją ofiarę, lecz popełnia przestępstwo w cichości. Zbójca napada na swą ofiarę w biały dzień i nie boi się ani ludzi, ani Boga. Złodziej natomiast boi się ludzi, lecz nie boi się Boga i dlatego musi być ukarany surowiej niż zbójca. Nie dotknie mnie to, jeśli będziesz morderców traktował jak zbójców, bo mają ten sam stosunek do Ciebie i do nas; i nie ukrywają swoich mordów ani zbrodni.

Ale tych, którzy mord przemilczają, którzy boją się nie Ciebie, lecz ludzkiego gadania, głupców, którzy nie wiedzą, że ludzie wcale nie będą mówić o tych, którzy choć litują się nad tonącym, jednak go nie ratują - tych wszystkich, zaklinam Cię, Boże, tych ukarz jak złodziei.

Śmierć nie może na mnie czekać, muszę już przestać pisać. Ogień na wyższych piętrach słabnie z minuty na minutę. Giną teraz ostatni obrońcy naszej twierdzy, a z nimi ginie wielka, piękna, bogobojna, żydowska Warszawa. Słońce zachodzi, a ja dziękuję Ci, Boże, że nie zobaczę już jego wschodu. Czerwony blask wpada przez okno, a kawałek nieba, który widzę, jest czerwony i płynny jak kaskada krwi!

Najpóźniej za godzinę połączę się z żoną i dziećmi, i z milionami moich współwyznawców w lepszym świecie, gdzie nie ma już żadnych wątpliwości i gdzie Bóg jest jedynym Panem.

Umieram spokojnie, ale nie zaspokojony; pobity, ale nie w rozpaczy; wierzący, ale nie modlący się; zakochany w Bogu, ale nie powtarzający ślepo: amen, amen.

Szedłem za Nim, chociaż odepchnął mnie od siebie, wypełniałem Jego przykazania, chociaż mnie za to uderzył, kochałem Go, byłem i jestem w Nim rozmiłowany, choć mnie poniżył, zadręczył na śmierć, wystawił na drwiny i hańbę.

Mój rabin opowiadał mi często historię o pewnym Żydzie, który z żoną i z dzieckiem uszedł przed hiszpańską inkwizycją i w małej łódce płynął po burzliwym morzu ku skalistej wysepce. Uderzył piorun i zabił mu żonę, fala porwała dziecko w głębiny morza. Sam jeden, nędzny, nagi i bosy, chłostany burzą, przerażony błyskawicami i grzmotem, ze splątanym włosem i wzniesionymi ku Bogu rękami, poszedł Żyd dalej swoją drogą po skalistej pustyni wyspy, mówiąc do Boga: Boże Izraela, uciekłem tutaj, aby móc służyć Tobie bez przeszkód, aby wypełniać Twoje przykazania i wielbić Imię Twoje! Ty jednak uczyniłeś wszystko, abym w Ciebie nie wierzył. Jeśli sądzisz, że uda Ci się zwieść mnie z mojej drogi, to mówię Ci, Boże mój i Boże Ojców moich, nie uda się Tobie. Możesz mnie chłostać, odebrać mi, co mam na świecie najlepszego i najdroższego, możesz mnie na śmierć zadręczyć - ja będę zawsze w Ciebie wierzył.

Będę Cię zawsze miłował - Tobie samemu na przekór! To moje ostatnie słowa do Ciebie, mój gniewny Boże: nie uda Ci się! Uczyniłeś wszystko, abym w Ciebie nie wierzył, abym o Tobie zwątpił! Ja jednak umieram tak, jak żyłem, w niewzruszonej jak skała wierze w Ciebie.

Pochwalony niech będzie na wieki wieków Bóg umarłych, Bóg zemsty, Bóg prawdy i Bóg prawa, który wkrótce znów ukaże swoje oblicze światu, a wszechmocnym głosem wstrząśnie jego posadami. Słuchaj, Izraelu, Wiekuisty jest naszym Bogiem, Wiekuisty jest jeden i jedyny!

 

Przełożyła Janina Fenrychowa

Wiem, że wszystko możeszI że nie istnieje dla Ciebie zamiar,Którego nie mógłbyś wykonać.Któż jest ten, który nie mając rozumu,Zamiary Twoje zaciemnia?Oto mówiłem, ale niczego nie rozumiałem.Przedziwne to są sprawy i nie umiem ich pojąć.O, wysłuchaj mnie, a będę mówił.I zapytam Ciebie, a Ty mi objaśnisz.Dotychczas tylko słuchem słyszałem Ciebie,Ale teraz moje oczy Ciebie ujrzały.Przeto wszystko odwołujęI pokutę czynię w pyle i prochu.

Z Księgi Hioba w przekładzie Romana Brandstaettera

 

 

Źródło: http://www.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/z-zycia-kosciola/art,14109,wstrzasajace-teksty-i-zapiski-zyda-z-getta.html

Zegar

Święta

Poniedziałek, XXV Tydzień zwykły Rok A, I Wspomnienie bł

Liturgia słowa

Czytania:

  • Ewangelia:

Sonda

Czy podoba Ci się internetowa strona Parafii?

Tak

Nie


Dźwięk

Brak pliku dźwiękowego